Ale nie o bieganiu i zmaganiach maratończyków chcę napisać, tylko o mediach. Największe portale informacyjne albo o tym wielkim święcie sportowym nie piszą wcale, albo piszą jako o wydarzeniu, które blokuje miasto: "Maraton biegnie przez Warszawę. Kierowcy, przygotujcie się na korki ", "Maratończycy zablokują miasto", itp.
A gdyby tak z biegania i jego społecznego odbioru zrobić papierek lakmusowy poziomu rozwoju krajów?
W maratonach w Nowym Jorku, Londynie, Berlinie czy Paryżu limit uczestników wynosi ok. 40.000 i jest wypełniany na długo przed startem. Rzym, Praga i Wiedeń to start ok. 8-12 tysięcy biegaczy, a Moskwa ma ok. jednego tysiąca uczestników. Warszawa osiągnęła w tym roku rekordowy wynik ponad 7 tysięcy startujących (nie wiem ile dokładnie, bo oficjalne wyniki będą znane za kilka dni).
Maraton Warszawski od kilku lat organizowany jest przez fundację, która przejęła organizację biegu w momencie, w którym ten miał się nie odbyć. Każdy rok to przyrost frekwencji, to coraz bardziej przychylne spojrzenie ze strony władz miasta, coraz większe zainteresowanie sponsorów oraz niezmiennie krytyczna postawa mediów, zwłaszcza lokalnych. A komentarze internautów pod informacjami medialnymi wciąż takie same: "czy oni znowu muszą blokować miasto", "idźcie biegać do lasu" czy "biegacze znowu zepsują mi rodzinną wycieczkę do centrum handlowego".
Maraton w Nowym Jorku to milion kibiców na trasie, którzy dopingują każdego biegacza, czytają jego imię na numerze startowym i krzyczą "looking good". Dublin ma konkurs na najlepiej przyozdobiony pub przy trasie (nawiasem mówiąc, maraton tam odbywa się poniedziałek, który jest dniem wolnym od pracy - to święto miasta!), a Warszawa ma garstkę kibiców (dzięki!) i tłumy narzekaczy (nie-dzięki).
Maraton Warszawski i jego uczestnicy już osiągnęli poziom europejski. Teraz czas na media i kibiców.
Muszę już kończyć, idę dopingować Adama, który w tym roku debiutuje. Dam znać jak mu poszło!
Zobaczcie jak było na maratonie w 2010 roku.
Wojtek Nowicki

