Piotr Morawski - pamiętamy

8 kwietnia 2009 roku tragicznie zginął Piotr Morawski, jeden z najlepszych polskich młodych himalaistów. Poniżej zamieszczam rozmowę, którą przeprowadziłem z Piotrem w lutym 2008 roku, w której himalaista opowiada o swojej górskiej drodze.



Wojtek Nowicki: Dzięki, że zgodziłeś się na rozmowę!
Piotrek Morawski: Mam nadzieję, że pomogę! Wiesz, ja jestem straszną gadułą, więc w razie czego przerwij mi, ok?



Nie ma mowy! Do rzeczy. Piotrek, Twoje słowa: wyprawa dała nam lekcję wytrwałości, lojalności, wspinania, niesamowitych widoków, oraz pokazała jak ważne jest partnerstwo skłoniły mnie to rozważań nad górskim partnerstwem. Te słowa dotyczyły sytuacji, w której napotkaliście wspinacza, którego partner zginął, a on sam nie miał wystarczająco dużo sił, aby zejść. Pomogliście mu zejść, uratowałeś mu życie bo to właśnie Ty go sprowadziłeś.


Jego partner zginął pod szczytem Broad Peak, a on sam nie miał siły dalej iść. Do samego końca z nim był. Ryzykował też swoim wycieńczeniem, a gdybyśmy się tam nie pojawili to i śmiercią; na pewno sam by nie zszedł.

Czy dla Was było oczywiste, że któryś z Was musi mu pomóc i sprowadzić go rezygnując z planu?

Tak, tak… Już na przełęczy było widać, że jest w takim stanie, że ktoś go musi odholować, asekurować aż do bazy. On był tak wycieńczony, że sam mógł zrobić dwa, trzy kroki. Trzeba było go związać liną i pilnować, żeby nie zrobił jakiegoś błędu, przewracał się przez cały czas.
Żaden plan na szczęście nie jest z góry założony. Wybór był prosty. Było wiadome, że mogę zrobić to co na Cho Oyu, czyli spróbować jeszcze raz wejść. Tak zresztą się stało. Ja jestem z tej kategorii, która lubi całą drogę do wierzchołka, nie sam wierzchołek. Bawi mnie wszystko co jest po drodze, nie tylko samo wspinanie, ale i podróż. W związku z tym tak naprawdę, oczywiście pojawiają się myśli ambicjonalne jak: nie chce mi się zrezygnować, nie wejdę na wierzchołek, ale w obliczu tego co się dzieje, to jest mało ważne. Człowiek uświadamia to sobie dosyć szybko. Wiesz, tu nie było żadnych wątpliwości, że a) człowieka trzeba sprowadzić, b) kto ma to zrobić – padło na mnie i dobrze; żartuję, że dlatego, bo byłem najmłodszy.

Czy pomoc potrzebującemu wspinaczowi wpisuje się w jakieś szersze niepisane prawa czy kodeks?

Oczywiście. Partnera w górach się nie zostawia. Oczywiście jest ten problem, że powyżej ośmiu tysięcy trudno podnieść 3 kilogramy, nie mówiąc już o 80… Jeśli ktoś tyle waży, często się uznaje, że z pewnych wysokości po prostu nie da się kogoś sprowadzić bez wielkiej akcji ratunkowej. To oczywiście nie zwalnia od tego, żeby próbować, ale w wielu przypadkach, co pokazał choćby Everest w 2006 roku, zwalnia to wielu ludzi od poczucia odpowiedzialności. Przy tym ruchu jaki jest w Himalajach jest tak jak w życiu. Tam już nie trafia tylko elita wspinaczkowa, ludzie z zasadami, tylko trafia każdy. Czyli tak jak w życiu znajdzie się taki, który sprowadzi, ale i taki, który stwierdzi, że nie ma siły i pójdzie dalej. Tak właśnie się działo na Evereście w 2006, kiedy podczas ataku szczytowego kilkadziesiąt osób przeszło obok konającego człowieka i nikt mu nie pomógł. Wszystko skończyło by się normalnie, nic by nie wyszło na światło dzienne, gdyby nie to, że znalazł na tyle siły, żeby zejść i wszystko wyszło na jaw! No ale to jest Everest, to jest inna historia. To jest góra, gdzie jest dużo złych emocji. Ale wiesz, to jest pierwsze niepodważalne prawo, że nie zostawia się kogoś i tyle. Nie ma znaczenia czy jest Twoim partnerem czy nie.
Nie mówię o sytuacji, w której Ty jesteś wycieńczony – o tym trudno mi mówić, bo w takiej na szczęście nigdy nie byłem i mam nadzieję, że nie będę. Ty nie masz siły, żeby cokolwiek robić, na dodatek Twój partner jest wycieńczony i może pojawić się taka sytuacja, że nie masz siły go sprowadzić i musisz go zostawić. Na szczęście zawsze taką siłę miałem. Wtedy to jest jasne – sprowadzasz i tyle.
Najważniejsza jest chyba lojalność w tym wszystkim, co się robi. Czyli ta świadomość, że jak się idzie z kimś, to się idzie z kimś, a nie po to, żeby realizować tylko własne cele.

Zdarza się, że cel jest ważniejszy od lojalności?

Niestety w świecie tak często bywa, we wspinaniu też. To jest na tyle popularna dyscyplina, że świat wspinania już nie jest elitarny, są różni ludzie i różne podejścia. Często się można spotkać z historiami, że brak lojalności, że tylko ambicje, że wierzchołek…

Czy ambicja jest więc cechą charakterystyczną dla wspinaczy?

Oczywiście! Na przykład w Himalajach są dwie różne kategorie ludzi. Są wspinacze – tych jest zdecydowana mniejszość – ludzie, którzy żyją górami, dla gór i często z gór. No i są turyści wysokogórscy, dla których to jest przygoda, przygoda życia. Ci turyści rzadko kiedy odpuszczają, widzą tylko wierzchołek i nic na około.
Trochę to się wszystko zmieniło od czasów, w których na Himalaje porywali się tylko śmiałkowie, przestrzegający zasad, które środowisko jakoś wymuszało. Teraz są różni ludzie i różne podejścia. Często zdarzają się ludzie, którzy mają przerośniętą ambicję i robią wszystko po to, żeby osiągnąć cel.

Czy zdarza się, że partnerów dobiera się w sposób cyniczny, to znaczy nie zwracając uwagi na znajomość, dobry kontakt czy koleżeństwo, a jedynie na umiejętności techniczne i to czy pomoże mi osiągnąć mój cel?

Często tak jest. Ogólnie są dwa sposoby. Jeden to: mam cel i do niego dobieram partnerów, nie znając ich; drugi to taki, że relacje budują się z wyprawy na wyprawę i takie oczywiście są pewniejsze. Ja miałem do czynienia zarówno z jednymi, jak i drugimi. Teraz mam takie szczęście, że wspinam się z ludźmi, których znam, którzy są sprawdzeni i tak się dzieje właściwie od mojej pierwszej wyprawy. Odkąd wszedłem w środowisko to mniej więcej orientuję się kto jest kim, z kim mi się dobrze wspina i jakoś się to toczy.

Jakie cechy są charakterystyczne dla środowiska wspinaczy?

Na przykład kiedyś wspinali się głównie ludzie z wyższym wykształceniem, często pracujący w nauce. Nie wiem z czego to wynika, ale tak jest. Wielu rzucało studia, żeby się wspinać. Ale teraz powstaje nowa kategoria ludzi, którzy tylko wspinają się, sportowcy.

Ciekawe, że np. piłka nożna skupia ludzi o nieco innym profilu…

Wiesz co, góry oprócz celów sportowych mają całą tę otoczkę – łono przyrody i tak dalej. No i żeby to czuć, jest potrzebny pewien poziom inteligencji, czy może raczej wrażliwości. Faktem jest, że aby przeżywać wyższe, nazwijmy to, wrażenia, czyli teatr, kultura czy obcowanie z przyrodą, to jednak jakieś tam wykształcenie czy uświadomienie są potrzebne. Poza tym wspinacze są środowiskiem bardzo zindywidualizowanym, indywidualistycznym w ogóle bym powiedział. Toteż wiele nieporozumień między partnerami wynika również z ich indywidualizmu, a nie z ambicji.

A jak to jest z celami? Ważniejsze jest, żeby cel osiągać czy osiągnąć? Zdarza się przecież, o czym sam opowiadałeś, że jakiś szczyt trzeba odpuścić.

Można odpuścić, ale to jak ze wszystkim w życiu – jak się coś zacznie, to chce się dokończyć. Przy ośmiotysięcznikach dochodzi Korona Himalajów, pęd do niej, czyli zaliczanie wierzchołków. Ale często wraca się sentymentalnie. W tym roku będę jechał z Piotrem Pustelnikiem na Annapurnę, jadę, żeby pojechać z Piotrem Pustelnikiem, a nie na Annapurnę, na której byłem już dwa razy i nie czuję parcia na tę górę, byłem tak dwie godziny od wierzchołka. Oczywiście został niedosyt i chciałbym być na wierzchołku, ale nie w najbliższym czasie. Ale jak się okazało, że Pusty tam jedzie, to stwierdziłem, że pojadę. Taki wybór między celem, a możliwościami.

Wspomniałeś o kolekcjonowaniu Korony Himalajów. Po co się to robi? Żeby sobie coś udowodnić, że „dałem radę” czy żeby znaleźć się w pewnym gronie osób?

Nie mam zielonego pojęcia (śmiech)! Pewnie są różne cele. Ewidentnie jest to jednak z najłatwiejszych ścieżek, żeby wchodzić na ośmiotysięczniki drogami normalnymi, wtedy odnosisz w cudzysłowie sukcesy, że ten zaliczony, tamten, tamten. Wiesz, niektórzy to lubią. Ci, którzy lubią zmagać się z przeciwnościami to wiadomo, że na Koronę nie będą wchodzić. Aczkolwiek chociażby ja jestem zawieszony gdzieś pomiędzy. Z jednej strony porywam się na jakieś trudne rzeczy, w których są małe szanse powodzenia, i liczę na to, że się uda. Gdybym chciał po prostu zaliczyć jakiś wierzchołek, to poszedłbym na drogę normalną. Z drugiej strony nowy cel jest na ośmiotysięczniku. Pytanie, na które sobie zresztą nie odpowiedziałem, to czy chcę wejść po prostu na jakąś górę, czy chcę się znaleźć w nowym miejscu, w którym nie byłem. Z mojego punktu widzenia chcę się znaleźć w miejscu, w którym nie byłem, ale z zewnątrz patrząc rozumiem, że to może być widziane zupełnie w drugą stronę. Pewnie sam nie zdaję sobie do końca sprawy z mechanizmów.

Co w ogóle daje Ci wspinanie? Po co to robisz?

Po prostu to lubię. Dla mnie to nie jest tylko wspinanie na szczyt, ale cała otoczka, czyli wyprawy, podróżowanie, obcowanie z innymi ludźmi. Tak naprawdę to jest trochę inny styl życia. Na samej górze spędzasz połowę, jak nie mniej czasu całej wyprawy. Kiedyś, kiedy nie latali samolotami tylko jeździli samochodami to pod samą górą byli miesiąc, a trzy miesiące docierali. Są oczywiście ludzie, którzy robią szybkie wejścia po to, żeby zaliczać i nie ma problemu, ale można też się tym dobrze bawić.
W samym wspinaniu dla mnie najfajniejsze jest znajdowanie nowej drogi. Stąd chyba taką rzeczą, do której będę starał się dążyć, będzie robie nowych dróg, albo dróg mało chodzonych. Jak bym chciał po prostu znaleźć się na wierzchołku to poszedłbym na drogę normalną razem z setkami ludzi. Ale chcę przeżywać wrażenie odkrywania, być w miejscach, w których nikogo nie było. To jest najlepsza przygoda!
Wspinanie w górach wysokich to wspaniała lekcja partnerstwa. Niesamowitym przeżyciem było wspinanie na K2 z Denisem Urubką. Ja byłem wtedy początkujący, Denis w połowie swojej drogi, mocno rozwinięty. Chociaż to raczej była bardziej relacja nauczyciel–uczeń, niż stosunek partner–partner. Oczywiście z zachowaniem partnerstwa, ale to ja tutaj głównie się uczyłem. Nie byłem na pewno równorzędnym partnerem dla Denisa. Aczkolwiek ani razu tego nie odczułem, że nie jestem. To akurat przy Denisie było świetne!

Czego taki nauczyciel uczy?


Dla mnie to była pierwsza wyprawa na ośmiotysięcznik i od razu K2 zimą. W związku z tym podchodziłem mniej więcej tak: „ojoj, Jezus Maria!”. W związku z czym chłonąłem wszystko, co mi mówili, jak mi mówili. Wielu rzeczy można się nauczyć. Przede wszystkim podejścia do gór, przetrwania w różnych warunkach. To nie chodzi o technikę wspinania, ale przetrwanie. Poczynając od pierdół jak suszenie butów nad palnikiem, czy dbanie o dobrą termikę, żeby się nie przegrzewać czy coś, kończąc na psychice – co można zrobić. Na przykład kilka razy był teren, w którym ja bym zawrócił, ale Denis szedł, w związku z czym i ja szedłem. No i potem się okazuje, że jednak się daje. Nie ze względu na to, że to było trudne, ale na warunki, które były kiepskie. Mózg naturalnie działa tak, że jak widzisz, że ktoś idzie to i ty idziesz. Na pewno dzięki Denisowi uczyniłem duży skok.
Na szczęście mam też tak, że sam oceniam rzeczywistość, nie przykładając do tego autorytetów. Może dlatego, że nie miałem w życiu takich autorytetów, że polegałem w stu procentach. Zawsze mój mózg pracował w tle. Więc może ktoś być dla mnie autorytetem, ale zawsze będę dyskutował z jego decyzjami, jeśli będę uważał, że coś jest niesłuszne. To była kwestia tego, że zrozumiałem, że to co mnie i Marcina Kaczkana różniło od Denisa, oprócz siły fizycznej, to to, co się dzieje w głowie. On wie na co stać jego ciało dużo bardziej, a ja – dużo mniej. Oczywiście to też może być niebezpieczeństwo, że się coś przeforsuje, ambicja poniesie i sobie pomyślisz „on idzie, a ja jestem totalnie wykończony” to może się to zakończyć tragicznie. Zresztą wiele takich przypadków było. Ktoś nie wytrzymał tempa partnera i zginął. Taka delikatna granica. Ja Denisa traktowałem jako partnera i nauczyciela, a nie jak autorytet. Chłonąłem wiele rzeczy, ale też siadaliśmy w namiocie, dyskutowaliśmy o dalszych planach i to zupełnie na zasadzie partnerskiej „zróbmy to, a może zróbmy tamto”.

Kiedy wspinacz nie wytrzymuje tempa partnera, gdzie jest wtedy ich partnerstwo?

W przypadku gór wysokich słuszne jest to, że droga na szczyt to jest dopiero połowa, a druga połowa to zejście, ta gorsza połowa. I to niestety głównie wynika z tego, że jeżeli nie zachowa się sił na zejście przy wejściu, to jest to tylko twoja ocena. Oczywiście partner może powiedzieć „słuchaj, moim zdaniem jesteś za słaby”, ale partnerstwo tutaj nie ma nic do rzeczy. Możesz wejść na wierzchołek we dwóch, po czym ty schodzisz totalnie wycieńczony, twój partner na luzie, no i to ty popełniasz błąd. Partnerstwo tutaj nie ma znaczenia. To twój wybór, żeby pójść na wierzchołek. Każdy musi swoją granicę sam poznać; zachować równowagę między ambicją, a zdrowym rozsądkiem. To jest największy problem. Ja to nazywam czerwonym światełkiem. Trzeba wiedzieć, w którym momencie to światło się zapala, żeby zawrócić.

Zdarza się, że ambicje przesłaniają czerwone światełko?

Zdarza się niestety i wtedy to się kończy tragicznie. Lepiej słuchać czerwonego światełka.

Czy są takie sytuacje, na które w górach jest przyzwolenie, a w warunkach normalnych nie?

Tak, na przykład przytulanie się z facetem, kiedy jesteś facetem (śmiech)! Kiedy spaliśmy z Denisem do siebie przytuleni, on wtedy się śmiał, że nie dałem mu spać, bo całą noc się trząsłem z zimna. Ale tak naprawdę to robisz to samo na co dzień – kiedy ktoś jest słabszy, to mu pomagasz. I nieważne czy przez przytulenie czy przez niesienie bagaży po schodach, mechanizm jest ten sam. Specyfiką gór wysokich jest np. ogrzewanie się nawzajem, czy popularne teraz słowo – sytuacje ekstremalne, a tak naprawdę jest to przeniesienie schematów z życia codziennego. W życiu codziennym łatwiej jest takimi sytuacjami manipulować tak, by zostały dobrze odebrane przez innych. Jak jesteś zmęczony totalnie to wychodzi natura. Bo nie masz siły udawać, więc jak masz ochotę coś zrobić to po prostu to zrobisz. To jest jedyna różnica. Tak jak mówię, nie ma różnicy w psychice między wnoszeniem siatek, a pomocą na osiem i pół tysiąca.

Można więc założyć, że jeżeli ktoś sprawdził się w górach, to sprawdzi się także jako przyjaciel, osoba godna zaufania na nizinach?

W tę stronę to chyba gorzej działa. Z opowieści wszelkich wynika, że w górach ludzie są inni. Nie stają wobec takich codziennych problemów, jakie są tutaj na dole jak pieniądze, praca, rodzina. Poza tobą, górą, partnerem i innymi rzeczami związanymi z naturą to nic innego nie ma. Czyli możesz super się dogadywać, a po zejściu nie, bo są inne warunki.

Jak się przygotować psychicznie przed wyjazdem w góry? Motywujesz się w jakiś sposób, koncentrujesz?


Z praktyki wiem, że jak się jedzie z „czystą głową” to dużo więcej można osiągnąć. Im bardziej się myśli o tym, co się ma niezałatwione na dole, tym ma się mniejszą motywację w górach. To bardzo wpływa na motywację. Dużo łatwiej się zawraca, jak masz coś niepozałatwiane. Taka rzecz gryzie od środka i tracisz motywację.
Koncentracja jest potrzebna przy krótkiej drodze ze wspinaniem technicznym. W górach wysokich jest inna sytuacja. Jesteś miesiąc czy dwa poza domem, no i włącza ci się mechanizm, że chcesz jak najszybciej wrócić i coś tam wyprostować. Taka rzecz jak gryzie cię codziennie jak leżysz w namiocie, po pewnym czasie wymiękasz i chcesz wracać. Tutaj i tak jesteś oderwany od rzeczywistości i musisz być skoncentrowany. Jakbym teraz pojechał na kilka dni w Tatry i wspinałbym się, myśląc o jakimś problemie, to by była dekoncentracja.

Wróćmy na chwilę do Twojego cytatu, do fragmentu, w którym mówiłeś o niesamowitych widokach. To doznanie metafizyczne. Wspinasz się także dla takich chwil?

Tak, między innymi po to jeżdżę w góry; bo jest tam pięknie, bo mi się podobają, bo lubię tam przebywać, bo jest walka ze sobą. To wszystko na raz. Musi być coś, co tam pcha. U mnie jest ewidentnie ciąg do przygody. Wychowałem się na książkach podróżniczych. Nie czuję np. ryzyka. Gdybym to traktował jako ryzyko, to bym pewnie tam nie jeździł. Ja z natury jestem strachliwy raczej (śmiech) i bardzo lubię swoje życie. Dużo więcej ryzykuję w Tatrach niż w Himalajach, gdzie tego wspinania jest dużo mniej. Tam to wolniej się dzieje. Albo czekasz w bazie na pogodę, albo jesteś w namiocie sam i nic się nie dzieje.

A ile czasu spędzasz w górach, na wyprawach?


Od trzech lat mniej więcej cztery miesiące w roku. To jedna trzecia!

Czy góry są Twoim sposobem na życie?


Jak najbardziej tak. W moim przypadku było to tak, że wyjazdy tam były uzupełnieniem normalnego życia, ale nawet nie zauważyłem tego momentu, kiedy przerodziło się to w filozofię życia i jestem tymi górami całkowicie pochłonięty. Łatwo przeskoczyć przez taką granicę.
Jak to powiedział kiedyś Krowa, to jest tak, że do pewnego momentu masz życie przerywane wyprawami, na które jeździsz, ale nawet nie zauważasz, kiedy wyprawy stają się przerywane życiem. Podstawa to zachowanie równowagi. Kiedy przejdzie się taką granicę, łatwo jest się zatopić w górach, żeby uciekać od tego co jest tutaj, a po drugie żyć tylko tamtym życiem, a tutaj też przecież jest parę spraw, które trzeba załatwić.
Mówi się, że wspinanie to ryzyko. Ja bym tego nie określił jako ryzyko. Ja to powoli zaczynam rozumieć. Po tych kilku latach w górach wysokich mogę stwierdzić, że tak jak z każdą pasją – wpadasz w to i tak jak z uzależnieniem. Tęsknię za Katmandu, chcę się powspinać, nie potrafię się od tego uwolnić. To się staje twoim życiem. Czasami się zastanawiasz po co, że dokładasz do tego, ale i tak cały czas jeździsz.

Podpisujesz się pod słowami Jerzego Kukuczki: „Od śmierci w dolinach zachowaj nas Panie”?

Ja na szczęście tego tak nie odbieram. To też kwestia różnicy pokoleń. Góry kiedyś były dużo bardziej niedostępne i romantyczne niż są teraz. Ja chciał bym się normalnie zestarzeć, w otoczeniu wnuków. Nie chcę, żeby góry były całym moim życiem, nie chcę tam zginąć, w żadnym wypadku.

Da się połączyć życie górskie, to w końcu cztery miesiące w roku, z życiem pozagórskim?

Na razie się staram! To kwestia chęci i woli drugiej osoby. To tak jak z marynarzem, ciężko z nim żyć, szczególnie, że ta filozofia gór przechodzi na życie codzienne. Jesteś przyzwyczajony do niezależności, do samodzielnych, szybkich decyzji. To właśnie ten indywidualizm wspinaczy. Z czasem coraz ciężej jest żyć trybie normalnego życia. Tutaj mogą powstać nieporozumienia. Na szczęście cztery miesiące to mniej niż pół roku, więc to wciąż mniejsza część życia (śmiech)!

Piotrek, te statystyczne wyliczanki brzmią jak usprawiedliwianie się!


Chyba masz rację...

A co w dzisiejszym wspinaniu zostało z tego romantyzmu wspinania?


Co innego u każdego. Jedni szukają celów sportowych i spełnienia ambicji, inni czegoś innego. Ja jestem chyba bardziej z pokolenia romantyzmu górskiego. Góry są w mojej filozofii romantycznej najważniejszym czynnikiem. W głowie zostają po długich wieczorach w bazie np. opowieści o przesądach, motyl, widmo... Ja jestem człowiekiem mało przesądnym, ale kilka z nich na mnie wpłynęło, więc jakoś to działa. Oj, zagadałem się (patrzy na zegarek)! Lecę do Pezety [Polski Związek Alpinizmu], dokończymy później!

Dzięki, cześć!

Poleciał. Nie dokończymy.
Wojtek Nowicki

Rozmowa została opublikowana w magazynie "A-Zero", nr 1(16), 2009.
Trwa ładowanie komentarzy...