List publikuję za zgodą prof. Jerzego Jedlickiego.
„Drogi Wojtku,
Obiecałem Ci napisać, dlaczego mam złe zdanie o alpinizmie (taternictwie, himalaistyce, wspinaczce wysokogórskiej czy jak tam je zwać)? A zatem:
(1) Myślę, że każdy człowiek dorastając przyjmuje jakieś obowiązki wobec swoich talentów, żeby ich nie zmarnować, i wobec ludzi, którzy mu zawierzyli, którzy go kochają, którzy na nim polegają. I wobec swego kraju – tu się zawahałem, bo to zbyt ograne i nadużywane, ale po namyśle mówię: tak, wobec ojczystego kraju także. Co za tym idzie, wedle moich pojęć jest coś nieetycznego w tym, gdy człowiek lekkomyślnie wystawia swoje życie na hazard. Nie dotyczy to oczywiście sytuacji, gdy ryzykuje swoje życie ratując lub osłaniając innych.
(2) Każdy rodzaj sportu jest związany z ryzykiem. W większości przypadków wchodzi w grę niebezpieczeństwo kontuzji lub nadwyrężenia zdrowia (pomijam sprawę dopingu). W sportach amatorskich, to jest uprawianych dla przyjemności, nie dla wyniku, jest to ryzyko umiarkowane, może nie większe niż to, na jakie narażeni jesteśmy w życiu codziennym, choćby przechodząc przez ruchliwą ulicę albo jadąc do pracy. Nawet przy sportach pozornie ekstremalnych, jak skoki spadochronowe czy narciarskie, wypadki śmiertelne są rzadkie i zawodnicy na ogół nie starają się wyzywać losu.
(3) Są jednak sporty, w których ryzyko przekracza daleko granicę rozsądku: należą do nich na przykład wszelkie wyścigi motorowe albo akrobacja lotnicza. Dziś zresztą, gdy zaciera się różnica miedzy sportem amatorskim a zawodowym i gdy samo pojęcie sportu coraz wyraźniej utożsamia się z zawziętą rywalizacją i biciem wyśrubowanych rekordów, groźne wypadki i wyniszczenie zdrowia są coraz częstszym skutkiem uprawiania nawet dyscyplin dawniej zupełnie bezpiecznych.
(4) Bez statystyki wiadomo, że liczba wypadków śmiertelnych we wspinaczce wysokogórskiej zawsze była i jest nadal bardzo wysoka i dotyka z reguły ludzi młodych, w pełni sił, najczęściej wykształconych (bo to przecież sport inteligencki) i niezmiernie obiecujących. Sam w wyczynach taternickich straciłem dwóch kolegów, a któż z nas takich strat nie doświadczył?
(5) Samo ryzyko nie jest jednak argumentem wystarczającym. Giną wszak również odkrywcy nowych szlaków, giną i zwykli turyści górscy, do jakich sam się kiedyś zaliczałem. Są jednak pewne różnice. U odkrywców (kartografów, geologów, botaników, etnografów itd.) ryzyko podejmowane jest z motywacji poznawczej. Turyści idą w góry na ogół wiedzeni motywami estetycznymi, giną zaś najczęściej z własnej nierozwagi, z braku wiedzy i doświadczenia. To co mnie uderza u wspinaczy i w ich opowieściach, to że nie popycha ich ani motywacja poznawcza, ani estetyczna. Coraz rzadziej trafia im się szansa odkrycia nowego pasma górskiego, a na kontemplację piękna gór nie ma ani czasu, ani ochoty, gdy się tkwi nosem w ścianie lub walczy z gwałtownie załamaną pogodą.
(6) Zasadnicza różnica w moim przekonaniu polega jednak na tym, ze normalni ludzie podejmują rozmaite wyprawy bądź wyczyny pomimo związanego z nimi niebezpieczeństwa. Natomiast wspinacze idą w góry dla związanego z nimi niebezpieczeństwa. Gra z niebezpieczeństwem, obok zapewne satysfakcji z własnej sprawności, zdaje się głównym motywem i gratyfikacją tego sportu. Nie chodzi wszak o to, żeby wejść na jakąś górę, tylko o to, żeby wejść na nią trudniejszą i bardziej niebezpieczną drogą – to się wszak liczy w rywalizacji. A jak już zbraknie trudnych dróg, to zawsze jeszcze można wybrać wejście zimowe albo wejście bez asekuracji, czy bez tlenu. Jest w tym coś, co mnie odpycha.
(7) Nigdy w życiu się nie wspinałem i nie miałem żadnych tego rodzaju pokus. Widziałem jednak, że taternicy uzależniają się od gór i od lin jak od narkotyku. I to chyba jest nie tylko przenośnia: przypuszczam, że niebezpieczne wejścia działają na mózg wspinacza w sposób porównywalny z działaniem narkotyku, może wydziela się wtedy więcej endorfin: trudno to zapewne sprawdzić, bo jak? Widocznie jednak życie nie dostarcza dzisiaj dostatecznych emocji, skoro ludzie wymyślają sobie różne ekstremalne sporty, o ile to jeszcze sportem nazwać można.
(8) Coś jeszcze nasuwa myśl o narkotyzmie tego sportu. Oto – o ile wnosić mogę z ubocznych spostrzeżeń i lektur – z biegiem lat coraz trudniej z tym zerwać. Bez znaczenia niepokój bliskich, na dalszy plan schodzą inne obowiązki, zainteresowania, zdolności. Nie przypominam sobie jakoś nazwisk znanych alpinistów, którzy odznaczyli się czymś ponadto: w nauce, w literaturze, w medycynie? Wspinanie się staje się monomanią, pochłania z wolna wszystko, zdaje się wypełniać całą egotyczną osobowość.
(9) Była jednak w taternictwie bez wątpienia jakaś romantyka, mocne poczucie koleżeństwa. Była, ale czy jest? Dramatami i bohaterstwem ludzi gór żywiła się literatura. Ale gdy ostatnio czytam relacje himalaistów, wydaje mi się, że wyczyn, sukces indywidualny staje się ważniejszy niż pomoc słabnącemu partnerowi, którego się zostawia w drodze, jesli nie ma już sił iść dalej. Ważniejszy także niż myśl o narażeniu życia ratowników, którzy po Ciebie przyjdą, gdziekolwiek będziesz.
P.S. Wojtku, ten list pisałem, zanim zapoznałem się z Twoją pracą (niezmiernie interesującą), a poprawki wprowadziłem, kiedy jej analiz i dokumentacji zdążyłem w sporej mierze zapomnieć. Mogę więc uczciwie powiedzieć, że się nią nie sugerowałem. Gdy teraz przeczytałem ją na nowo, widzę, że niektóre moje spostrzeżenia laika znajdują w niej potwierdzenie, inne okazują się conajmniej na wyrost, czy to przejaskrawione, czy to dające się odnieść do jednej tylko grupy etosowej – tej, którą nazywasz „pragmatykami”. Na tym chciałbym poprzestać.
Pozdrawiam serdecznie.
Jerzy Jedlicki
2 maja 2012″
