Profesor Jerzy Jedlicki o alpinizmie

Ostatnie miesiące były dla polskiego środowiska himalaistów szczególnie tragiczne. W czasie wypraw himalajskich w roku 2013 śmierć ponieśli Artur Hajzer na Gasherbrumie I oraz Tomek Kowalski i Maciej Berbeka na Broad Peaku. Profesor Jerzy Jedlicki, historyk, krytycznie wypowiada się o alpinizmie. Dla nas, wspinaczy, to ciekawy i ważny głos zewnętrznego obserwatora w dyskusji dotyczącej sensu świadomego podejmowania ryzyka związanego z działalnością górską.

Poniższy list został napisany w maju 2012 roku w odpowiedzi na mój tekst pt. "Pragmatycy i romantycy górscy czyli po co się wspinamy". Pomimo upływu ponad roku, argumentacja prof. Jedlickiego pozostaje aktualna.
List publikuję za zgodą prof. Jerzego Jedlickiego.

„Drogi Wojtku,
Obiecałem Ci napisać, dlaczego mam złe zdanie o alpinizmie (taternictwie, himalaistyce, wspinaczce wysokogórskiej czy jak tam je zwać)? A zatem:



(1) Myślę, że każdy człowiek dorastając przyjmuje jakieś obowiązki wobec swoich talentów, żeby ich nie zmarnować, i wobec ludzi, którzy mu zawierzyli, którzy go kochają, którzy na nim polegają. I wobec swego kraju – tu się zawahałem, bo to zbyt ograne i nadużywane, ale po namyśle mówię: tak, wobec ojczystego kraju także. Co za tym idzie, wedle moich pojęć jest coś nieetycznego w tym, gdy człowiek lekkomyślnie wystawia swoje życie na hazard. Nie dotyczy to oczywiście sytuacji, gdy ryzykuje swoje życie ratując lub osłaniając innych.

(2) Każdy rodzaj sportu jest związany z ryzykiem. W większości przypadków wchodzi w grę niebezpieczeństwo kontuzji lub nadwyrężenia zdrowia (pomijam sprawę dopingu).  W sportach amatorskich, to jest uprawianych dla przyjemności, nie dla wyniku, jest to ryzyko umiarkowane, może nie większe niż to, na jakie narażeni jesteśmy w życiu codziennym, choćby przechodząc przez ruchliwą ulicę albo jadąc do pracy. Nawet przy sportach pozornie ekstremalnych, jak skoki spadochronowe czy narciarskie, wypadki śmiertelne są rzadkie i zawodnicy na ogół nie starają się wyzywać losu.

(3) Są jednak sporty, w których ryzyko przekracza daleko granicę rozsądku: należą do nich na przykład wszelkie wyścigi motorowe albo akrobacja lotnicza. Dziś zresztą, gdy zaciera się różnica miedzy sportem amatorskim a zawodowym i gdy samo pojęcie sportu coraz wyraźniej utożsamia się z zawziętą rywalizacją i biciem wyśrubowanych rekordów, groźne wypadki i wyniszczenie zdrowia są coraz częstszym skutkiem uprawiania nawet dyscyplin dawniej zupełnie bezpiecznych.

(4) Bez statystyki wiadomo, że liczba wypadków śmiertelnych we wspinaczce wysokogórskiej zawsze była i jest nadal bardzo wysoka i dotyka z reguły ludzi młodych, w pełni sił, najczęściej wykształconych (bo to przecież sport inteligencki) i niezmiernie obiecujących. Sam w wyczynach taternickich straciłem dwóch kolegów, a któż z nas takich strat nie doświadczył?

(5) Samo ryzyko nie jest jednak argumentem wystarczającym. Giną wszak również odkrywcy nowych szlaków, giną i zwykli turyści górscy, do jakich sam się kiedyś zaliczałem. Są jednak pewne różnice. U odkrywców (kartografów, geologów, botaników, etnografów itd.) ryzyko podejmowane jest z motywacji poznawczej. Turyści idą w góry na ogół wiedzeni motywami estetycznymi, giną zaś najczęściej z własnej nierozwagi, z braku wiedzy i doświadczenia.  To co mnie uderza u wspinaczy i w ich opowieściach, to że nie popycha ich ani motywacja poznawcza, ani estetyczna. Coraz rzadziej trafia im się szansa odkrycia nowego pasma górskiego, a na kontemplację piękna gór nie ma ani czasu, ani ochoty, gdy się tkwi nosem w ścianie lub walczy z gwałtownie załamaną pogodą.

(6) Zasadnicza różnica w moim przekonaniu polega jednak na tym, ze normalni ludzie podejmują rozmaite wyprawy bądź wyczyny pomimo związanego z nimi niebezpieczeństwa. Natomiast wspinacze idą w góry dla związanego z nimi niebezpieczeństwa. Gra z niebezpieczeństwem, obok zapewne satysfakcji z własnej sprawności, zdaje się głównym motywem i gratyfikacją tego sportu. Nie chodzi wszak o to, żeby wejść na jakąś górę, tylko o to, żeby wejść na nią trudniejszą i bardziej niebezpieczną drogą  – to się wszak liczy w rywalizacji. A jak już zbraknie trudnych dróg, to zawsze jeszcze można wybrać wejście zimowe albo wejście bez asekuracji, czy bez tlenu. Jest w tym coś, co mnie odpycha.

(7) Nigdy w życiu się nie wspinałem i nie miałem żadnych tego rodzaju pokus. Widziałem jednak, że taternicy uzależniają się od gór i od lin jak od narkotyku. I to chyba jest nie tylko przenośnia: przypuszczam, że niebezpieczne wejścia działają na mózg wspinacza w sposób porównywalny z działaniem narkotyku, może wydziela się wtedy więcej endorfin: trudno to zapewne sprawdzić, bo jak? Widocznie jednak życie nie dostarcza dzisiaj dostatecznych emocji, skoro ludzie wymyślają sobie różne ekstremalne sporty, o ile to jeszcze sportem nazwać można.

(8) Coś jeszcze nasuwa myśl o narkotyzmie tego sportu. Oto – o ile wnosić mogę z ubocznych spostrzeżeń i lektur – z biegiem lat coraz trudniej z tym zerwać. Bez znaczenia niepokój bliskich, na dalszy plan schodzą inne obowiązki, zainteresowania, zdolności. Nie przypominam sobie jakoś nazwisk znanych alpinistów, którzy odznaczyli się czymś ponadto: w nauce, w literaturze, w medycynie? Wspinanie się staje się monomanią, pochłania z wolna wszystko, zdaje się wypełniać całą egotyczną osobowość.

(9) Była jednak w taternictwie bez wątpienia jakaś romantyka, mocne poczucie koleżeństwa. Była, ale czy jest? Dramatami i bohaterstwem ludzi gór żywiła się literatura. Ale gdy ostatnio czytam relacje himalaistów, wydaje mi się, że wyczyn, sukces indywidualny staje się ważniejszy niż pomoc słabnącemu partnerowi, którego się zostawia w drodze, jesli nie ma już sił iść dalej. Ważniejszy także niż myśl o narażeniu życia ratowników, którzy po Ciebie przyjdą, gdziekolwiek będziesz.

P.S. Wojtku, ten list pisałem, zanim zapoznałem się z Twoją pracą (niezmiernie interesującą), a poprawki wprowadziłem, kiedy jej analiz i dokumentacji zdążyłem w sporej mierze zapomnieć. Mogę więc uczciwie powiedzieć, że się nią nie sugerowałem. Gdy teraz przeczytałem ją na nowo, widzę, że niektóre moje spostrzeżenia laika znajdują w niej potwierdzenie, inne okazują się conajmniej na wyrost, czy to przejaskrawione, czy to dające się odnieść do jednej tylko grupy etosowej – tej, którą nazywasz „pragmatykami”. Na tym chciałbym poprzestać.

Pozdrawiam serdecznie.
Jerzy Jedlicki
2 maja 2012″
Trwa ładowanie komentarzy...